wtorek, 30 listopada 2010

Lekkość bytu


W moim ogrodzie - jeszcze w niedzielę.


Obiecany prezent dla Andrzeja ze skansenu. Przy takim pejzażu same wiersze się układają.

Obudziłam się jak zwykle wpół do szóstej,
wzrok zaspany poszybował w stronę okna,
ogród cały dziś ubrany w białą suknię,
w śnieżnym puchu spojrzał na mnie tak zalotnie...

Pod futrzaną pelerynką z białych piórek,
krzak różany puścił do mnie perskie oko,
świat jest czysty, poznikały ciemne chmury,
gdzieś na wschodzie różowieją już obłoki.

Jeszcze lecą pojedyncze gwiazdki z nieba,
jedną taką złapię szybko w swoje dłonie...
Lekkość bytu. Już od rana sobie śpiewam,
wstaję szybko i naturze się pokłonię.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Dla każdego coś miłego


Dla Jurka. Wprawdzie nie lata, ale ma duże śmigła.


Dla Juhasa. Miały bardzo wymowne oczy, szczególnie ta czarna. Smutno na mnie patrzyły, jakby pytały, kiedy będzie wiosna i znów je wypędzisz na hale.


Dla Jaśka. Taka śliczna, że nie wiem, czy bym Ci pozwoliła ją upiec.


Dla Andrzeja F. Cerkiewka grekokatolicka spod Tomaszowa Lubelskiego.


Dla Adasia. Cóż za przemądre stworzonko! Na mój widok zaczął łebkiem podnosić skobel w drzwiczkach zagródki i głośno domagać się wypuszczenia.


Dla Staszka. Czarna kokoszka z czarnym moherem na głowie.


Dla Zosi. Wierzby polskie.


Dla Henia. Pręgowana piękność. Cieplutka i mrucząca słodko po podrapaniu za uszkiem; podobno umie też tańczyć.


Dla Dany. Na jednym drzewie w świętej zgodzie budka dla ptaszków i kapliczka.


Dla Rudej. W takim dworku można urządzić elegancką restaurację.

Wszystkie zwierzęta, plenery i obiekty architektury sfotografowałam wczoraj w skansenie Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie. Jest jeszcze prezent dla Andrzeja, ale na niego i na wierszyk blogger już dzisiaj nie dał mi miejsca. A ja w rewanżu proszę o wierszyki (najlepiej własne, ale mogą być też cudze) na temat każdego prezentu. Proza też mile widziana.:)

niedziela, 28 listopada 2010

Sentymentalny spacer


Ulica Podwale.


Zimowa panorama Lubelskiej Starówki z Czwartkowego Wzgórza.


Ulica Grodzka z Bramą Grodzką.

Dzisiaj troszkę prywaty. Ten wiersz napisałam rok temu, na konkurs Forum Szkła Kontaktowego "Moje miejsce". To były moje pierwsze próby poetyckie, dzisiaj już piszę inaczej, więc proszę o wyrozumiałość. Nieskromnie dodam, że wiersz zdobył pierwsze miejsce i nagrodę publiczności. Trochę go teraz zmodyfikowałam, ale klimat został zachowany.

Przy niedzieli, po cichutku,
coś przemycę do Ogródka.
Fragment miejsca Wam pokażę,
stare dzieje, krzynę marzeń...
Cóż, prywatę tu uprawiam,
więc na spacer Was namawiam.

Ja Starówkę dziś wybrałam,
piękną – bo jest w śniegu cała -
nad Bystrzycą, w starym grodzie,
gdzie żył Biernat i Czechowicz.
Pewnie wiecie już – w Lublinie,
miasto również z herbu słynie,
gdzie koziołek bardzo zwinnie,
pnie się po gałązce winnej.

W kamieniczki tu zaklęte
średniowieczne są legendy.
Mury, bramy i kościoły,
w wielkiej ciszy – a anioły
krążą gdzieś nad Trybunałem,
w białym puchu skrzydeł całe.
Tu krużganki, tam wieżyczki,
urokliwe też uliczki,
i zaułki, i podwórka -
- z lat dziecięcych dziś powtórka.
Usnął cicho lew kamienny,
świat jest tutaj wciąż niezmienny,
blask latarni czas zatrzymał,
a wokoło biała zima.

W starych bramach w mroku ciepłych,
jakieś cienie, zjawy, szepty,
widzę czarne, długie szaty,
kapelusze i chałaty,
w małych oknach – daję słowo,
widzę świece szabasowe,
co tu kiedyś migotały,
nim się zamknął świat ich cały.
Pamięć o tym drzemie w bruku,
i w kołatek starych stuku,
i w księżycu, co nad miastem
na historię cicho patrzy.

Koniec zwierzeń. Wszystkich proszę
do piwiarni, w mały loszek.
Grzanym piwkiem wzmocnić ducha,
i klezmerskiej muzy słuchać...

sobota, 27 listopada 2010

Miłość


Rudbekia. Kwitnie nawet w grudniu, gdy nie ma śniegu...

Motto:
Miłość jest wszystkim, co istnieje —
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy — ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein.
(Emily Dickinson, przekł. Stanisław Barańczak)
*****************************
Gdzieś u kresu jest stacja nieznana,
czy żal tego, co się zostawiło?
Na błękicie obłoki jak piana...
Może stacja nazywa się miłość?

Ależ skądże, nie ma mowy o tym..
Taki upał... to są przywidzenia...
Parskał pociąg i szczęściem dygotał -
Wsiadłam szybko, a więc do widzenia.

Do widzenia? Czyż wrócę? A może...
ten hamulec pociągnąć, nie zwlekać?
Pociąg pędzi, majaki mnie trwożą,
lecz już szczęście się czai w powiekach.

Wiatr skrzydłami przez okno łopoce,
dymem ostro i krótko zakręci -
O mój Boże, gdzie jadę i po co?
Biegnie stacja z otwartym objęciem.

Gdybym oczy już jego ujrzała -
nie wiem nawet, czy coś bym tam wzięła...
nie wiem też, czy bym jemu coś dała...
lecz z miłości bym przy nim zasnęła.

piątek, 26 listopada 2010

Telenowela


Żółciak siarkowy. Podobno smaczny grzyb jadalny.

Po zakończeniu każdych wyborów
reporter pyta się polityków:
jak widzą przyszłość, w jakich kolorach
i co pan myśli o tych wynikach?

Duma i szczęście z lic wszystkich bije,
że ich wygrana nie ominęła,
każdy z radości niemalże wyje,
bo euforia wszystkich wprost wzięła.

To konkurencja klęskę poniosła,
nasz sukces wielki i niewątpliwy,
wynik wspaniały, tendencja wzrosła,
a tamtych koniec będzie burzliwy.

Telenowela toczy się co dzień,
te same twarze, miny i gesty,
każdemu sukces kapie po brodzie,
bo każdy wygrał po raz czterdziesty.

Akcja stanęła, widownia ziewa,
telenowela staje się nudna,
scenariusz każdy sobie dośpiewa:
ja jestem piękna – ona paskudna!

W ten sposób triumf w niedzielnych wyborach odniosły PO, PiS, PSL oraz SLD. Jednocześnie sromotną klęskę poniosły PO, PiS, PSL oraz SLD, w zależności od tego, z kim akurat reporter odbył rozmowę.:)

czwartek, 25 listopada 2010

Poranny blues



Znów nowy dzień przez okno wszedł
i wszystko z rąk mi leci,
wokoło jeszcze mruczy zmierzch,
a wiersz się nie chce klecić...

Okiem zaspanym patrzę w krąg,
dzień nie chce dać buziaka,
na dworze zimny wiatru song -
mój sen gdzieś dał drapaka...

Wichury szum, okiennic skrzyp
natrętnie w głowie brzęczą,
różany chochoł z zimna drży,
bo płaszczyk ma za cienki.

Choć wczoraj krążył biały puch,
lecz nie chciał zostać dłużej,
za oknem tylko deszczu plusk
i ciemny krąg kałuży.

Kawa dziś też nie cieszy mnie,
wciąż myśli takie kruche...
tykaniem zegar brzydko klnie,
odganiam go jak muchę.

Listopadowa szarość dnia -
noc w dobie się rozrosła,
księżyca owal skryła mgła...
kiedy znów będzie wiosna?

środa, 24 listopada 2010

Czarna groteska



Zbrodnia to nie słychana,
nowa PiS-u wygrana
tak wstrząsnęła posadą wszechświata,
członki mu się buntują,
z partii wciąż emigrują,
i zaczyna się nowa krucjata.

Zgrozą wieje dokoła,
nikt prezesa nie woła,
a odprawić tu trza suplikacje,
już piętnastu umknęło,
drzwi za PiSem zamknęło,
choć wiadomo, on zawsze miał rację.

Elektorat był głupi,
mądrych haseł nie kupił
i ostały się mu dwa bastiony,
tam też rządzić nie będzie,
w koalicję nie wejdzie
i zwycięstwo wszak ma roztrwonione.

Przejdzie jesień i zima,
innych nikt nie powstrzyma,
znów powiększy się czarna groteska,
słupki jeszcze opadną,
łajba pójdzie mu na dno,
siódmy raz wyląduje na deskach!

wtorek, 23 listopada 2010

Bez zmian


Owocki irgi wierzbolistnej.

Gdy budzik dzwoni mi w dzień po wyborach,
patrzę wokoło, czy jest nowy owoc?
Na zmiany przyszła właśnie dobra pora -
a tu to samo, bez zmian, jednakowo.

Trend wszakże dobry, choć piąta przegrana.
Wódz jest na topie, bo twardy z niego gość,
obmyśla nową strategię od rana,
bo tych przegranych, on nigdy nie ma dość.

Tak samo głupia jestem jak przedwczoraj,
te same myśli dręczą me sumienie,
obok Sodomy, ta sama Gomora,
wciąż takie samo wodza uwielbienie.

Już jest po wszystkim i urny zamknięte.
Goryczy żaden miód mi nie osłodzi,
Że jakieś zmiany? Nothing, niet and niente.
Jak zwykle u nas. O co więc mi chodzi?

poniedziałek, 22 listopada 2010

Marzenia Robespierre’a


Trochę wiosny jesienią ... w moim ogrodzie właśnie zakwitł pierwiosnek.


Listopadowy zachód słońca.

Poniedziałek zaczynam nowym wierszem Tadeusza (tigger1), świeżutko podrzuconym do ogródka wczoraj przed północą. Jak zwykle świetna satyra polityczna, warta rozpowszechnienia.

"Mam kilka marzeń do realizacji
i w tajemnicy wyjawię je, w skrócie
Zmienić oblicze polskiej demokracji,
by iść do przodu - nie jak z dziurą w bucie.
Z partii usunąć (z tym sobie poradzę)
ludzi związanych z byłym prezydentem,
żeby z prezesem silną stworzyć władzę,
zanim się wyśle prezesa na rentę.
Potem wybory. Kurski chłop niegłupi.
Zrobi kampanię… ciemny lud to kupi.

Marzenie drugie to zostać premierem.
Wprowadzę wtedy środki nadzwyczajne.
Wreszcie policzę się z Leszkiem Millerem.
Wyrok zapadnie na rozprawie tajnej.
W prawie konieczne zarządzę reformy,
bo procedury krępują mi ruchy.
W kajdankach zdejmie się posłów Platformy
(z wyjątkiem pięknej pani poseł Muchy
- jej podobiznę podziwiam zachłannie,
kiedy z laptopem siedzę sobie w wannie).

Myślę co zrobię z Januszem pajacem.
W Radiu Maryja będzie głosowanie:
Wydać Obrońcom Krzyża pod Pałacem,
czy “specjalistom” dać na grillowanie.
Długo i gorzko będą ci płakali,
co kiedykolwiek coś mi zawinili
Ci co się w szkole ze mnie naśmiewali,
kardiochirurdzy co kogoś zabili.
I ci co będą w moim kapowniku,
kiedy podsłuchów założę bez liku.

Kiedy załatwię sprawy osobiste.
Urządzę czasem parę prowokacji.
Raz na rok zrobię wokół Wielka Czystkę.
To będzie nowa forma demokracji.
I będzie prawnie oraz sprawiedliwie.
Bez partii, mediów, sporów ani szumów.
Głową narodu, uprzedzam uczciwie,
będę do śmierci - zgodnie z wolą tłumów.
…Tak sobie marzę Ojcze Dyrektorze."
– "Mocno popieram, Bóg ci dopomoże."

autor: tigger1

niedziela, 21 listopada 2010

Stypa



Późną nockę po wyborach
będzie miał w pamięci świat.
Życie nam popłynie już po innych torach,
zbierze się ferajny kwiat.

Urny będą otworzone,
poznasz co wyborów smak.
Dusze już niektórych wielce zatrwożone
no, a herszta trafi szlag.

Harmonia u nich już nie zagra, nie -
niech światłość wiekuista świeci.
Spadajcie, bo się może skończyć źle!
Na stypie bawimy się!

Kto znał herszta ten miał mojrę,
ale dwie nie znały jej.
Kopa wnet dostały, poczuły dintojrę,
jęczą dziś z przyczyny tej.

Wiatr, latarnie, ledwo świcą,
smętnie gwiżdże Antek stróż,
nad otwartą urną szybko głosy liczą
i nie będzie zmiłuj już.

Harmonia u nich już nie zagra, nie -
niech światłość wiekuista świeci.
Spadajcie, bo się może skończyć źle!
Na stypie bawimy się! O le!

sobota, 20 listopada 2010

Głowa do góry


Delikatnej kobei wcale listopad nie przeszkadza.

Właściwie nic mi nie brakuje -
mam dom, rodzinę, powodzenie,
deszcz mi humoru też nie psuje
i nawet wiatru zawodzenie.

Oddycham równo, śpię spokojnie,
głowa do góry – to dewiza,
choć mi nie zawsze jest upojnie,
choć życie czasem naubliża.

Wciąż dobrych stron uparcie szukam,
lekcji złych parę też pobrałam,
każde zdarzenie jest nauką,
choćbym mądrzejszą się nie stała.

Światłem maluję dni codzienne,
nadaję życiu barwy, tony,
humorem kraszę nieodmiennie,
odganiam smutki i demony.

Anioły mają swoje sprawy,
diabły się ze mnie głośno śmieją,
a ja mam taki głupi nawyk,
że dzień zaczynam wciąż nadzieją!

piątek, 19 listopada 2010

Psychotrop



Jasiek juhas mnie wyręczył i jako dzisiejszy wstępniak wstawił pożyczony wiersz Bobika. Dopisałam do niego kilka zwrotek i dorzuciłam fotkę jako podziękowanie dla Wszystkich Ogrodników za pielęgnowanie ogródka podczas mojej nieobecności.:)

Przy pełnym biurku Prezes siedzi,
problemów przed nim kopa.
Ach, co się mam z tym wszystkim biedzić,
zażyję psychotropa.

Chłopaki opuszczają partię,
wywalać trza z niej dziopy,
lecz ja się dziś już z tym nie szarpię,
od czego psychotropy?

O Polsce muszę głos dać co dzień,
medialną zrobić szopę,
jak miło, gładko to przychodzi
z połkniętym psychotropem.

Ktoś musi odpór dać komuchom
i tym z PO jełopom -
że z mocą u mnie nie jest krucho,
zawdzięczam psychotropom.

Pokażę jeszcze Putinowi
i nie dam się Europie!
Pokonać mogę nawet ZBOWiD,
na jednym psychotropie.

Mówią, żem w Świętej Trójcy łapach,
toruńskich jej okopów…
Jeślim ja w łapach, to - pies drapał! -
wyłącznie psychotropów.

Świat (co na mojej cały głowie)
me gotów lizać stopy,
no, czemu miałbym, niech ktoś powie,
odstawić psychotropy?

autor: Pies Bobik, źródło: http://www.blog-bobika.eu/
********************

Niech tuskie bredzą coś w amoku,
ja mam umysłu trzeźwość
i nie odstawię psychotropu,
wywalczę niepodległość.

Bo tylko dla mnie z psychotropem
będzie na ziemi władza,
jam jest szlachetnych kruszców stopem -
sprzeciwiać się, odradzam.

Wybory wygram, bom jest wielki,
psychotrop mi pomoże,
będę miał euro i rubelki
i skrzydła, jak ten orzeł!

czwartek, 18 listopada 2010

Do rymu :)


Obiecana cerkiewka w Bartnem – dla Andrzeja F.


A takie cacko znalazłam w krzakach tuż za cerkwią. Pewnie jeszcze z czasów wysiedleń Łemków; może ktoś coś więcej wie?

Ciemno z rana, buro wszędzie,
już do wiosny tak to będzie...
Chmury płyną w takt miarowo,
a ja czuję się... do rymu.

Znikło słonko gdzieś w cholerę,
znowu muszę jechać w teren...
Myśli drętwe, jak te słupy,
wszystko dzisiaj jest... do rymu.

Blogger wczoraj zbuntowany,
szalał trochę jak pijany...
Jak dziś będzie tak swawolić,
to go muszę... też do rymu.

Lecz się chandrze nie poddaję,
niech gdzieś idzie na rozstaje,
niech nie siedzi mi w chałupie,
bo oberwie wnet po... rymie!

Humor sobie poprawiłam,
śmieszny wierszyk ułożyłam,
prezes mnie dziś nie zaszczuje -
wszak jest tylko zwykłym... rymem!

środa, 17 listopada 2010

Wesoły kawałek



Spotkali się kiedyś o zmroku, pod płotem,
kompletna kretynka z miejscowym idiotą.
Kompletna kretynko – idiota jej prawi -
ratować trza wodza, co Polskę chce zbawić.
Wódz Ruskim nie wierzy, więc trzeba, kochana,
wyjaśnić tę sprawę dziś u Wuja Sama.
Wuj Sam ma nagranie, trza więc molestować,
by zechciał co prędzej ten smród wykasować.
A kiedy kretynko wujowi zatańczysz,
znów będziesz ministrem, a ja policmajstrem.

Wuj Sam na nich spojrzał, na uśmiech się sili -
gdzież taką kretynkę z idiotą wpuścili?!
I tak im powiedział: fuck off stąd en block,
ja teraz mam sjestę - bye, bye, five o'clock!

wtorek, 16 listopada 2010

Dynie, JOT KA i buty



Dzisiaj proponuję wiersz Tadeusza (tigger1), który autor zostawił w ogródku nocą, 11 listopada. Myślę, że warto go zaprezentować jako wstępniak, gdyż przez komentarze trzeba się przebijać, a tak widać go w całej krasie.
Zainspirowana tym tekstem, a także pewnymi BUTAMI, dorzuciłam kilka własnych zwrotek.

JOT KA

Wierchuszka PiS-u debatuje
Kto w Partii szkodnik jest i wróg,
Bo zrozumiały smętne wuje,
Że naród ma ich koło nóg.

Prezes nie ufa już nikomu,
Spisek i zdrada - on to wie.
Pójdzie zapyta kota w domu,
Kogo tym razem pozbyć się.

Ale kot zasnął na poduszce,
Samotny prezes myśli tak:
"Trzeba powierzyć sprawę wróżce,
Niech da wskazówkę albo znak"

Na stole kula kryształowa
I wróżka już odpowiedź zna.
"Najbardziej partii szkodzą słowa
Kogoś, kto zwie się Jot i Ka"

Myśli więc Biuro "Kim jest Jot Ka?"
Od świtu aż po nocy kres,
Może ta wróżka to idiotka?
Toż Kurski wierny jest jak pies.

Lecz geniusz szefa spory studzi,
Gdy stwierdza "Ja już prawdę znam -
Jot to Jakubiak, Ka to Kluzik",
Trzeba usunąć każdą z dam.

Antek, co był układów łowcą,
Nie zdradzi, że to wszystko bluff
Paranoikom i Spiskowcom,
Bo przecież JK to ich szef.

Autor: tigger1
******************************
BUTY

Były paprotki, ładne buzie
śpiewały songi, klaskał szef,
z gracją służyły i na luzie,
lecz to był tylko szefa bluff.

Paprotki jemu zaszkodziły -
kazał usunąć już ten chwast,
na ładne buzie brak mu siły,
więc nie powrócą już do łask.

Teraz szef o nich gadać nie chce
słowa nie powie ni na łut,
w pysze się kiwa, jak w łódeczce,
w zębach zaś miele słowo "BUT".

Bo buty zawsze miał w pogardzie,
słomę w nich nosił z wdziękiem dam,
na górnej półce jego znajdziesz
jeno tandetny trep i chłam.

Czy dalsze części garderoby
szef będzie rzucał nam do stóp?
Onucę z Poncyliusza zrobi,
Bielan zaś może być dessous.

Szef zaś w konwencji Maliniaka
pokaże swój wytworny szyk,
wszak świetnie na nim leży waciak
i do kopania też ma dryg!

poniedziałek, 15 listopada 2010

Spuść wodę...


Jesienny bonus (całkiem nie a propos wstępniaka). Naturze pomyliły się pory roku – wczoraj zakwitły kaczeńce na łące nad Bystrą w Nałęczowie.

Wódz się wypróżnił hen, u górali -
poważne państwo będzie budować,
owieczki wszystkie zegnał gdzieś z hali,
Koreę w kraju chce nam fundować.

Zmiany więc będzie robił od dołu,
bo góra wszakże jego dziedziną,
i z owieczkami swymi pospołu
dół już wykopał, szaluje śliną.

Państwo poważne tu nam nastanie,
gdy w każdej wiosce, na każdej włości,
pomnik dla Lecha wszędzie powstanie,
jak świebodziński król, w swej wielkości.

I o koronie trzeba pamiętać -
ten świebodziński wzorzec się nada,
świat wnet przed nami będzie wymiękać -
Rio de Janeiro niechaj wysiada!

Co dzień pochodnie w wioskach zapłoną -
żaden się pijak nie zawieruszy,
po co latarnie, wszak to za drogo,
a blask pochodni miły dla duszy.

Swą zaś strategię wódz nam do ręki
wszystkim dostarczy na zawołanie
i od tej pory nie zaznasz męki,
bo łatwe będzie twe wypróżnianie.

Po tym efekcie wypróżnień wodza,
fetor się rozniósł wielki po świecie,
więc telewizor wyłączam w trwodze
i szybko wodę spuszczam w klozecie!

niedziela, 14 listopada 2010

Pochwała prania


Jesienny urok w puszystych nasionkach powojnika pnącego.

Gdy wisi na sznurku, na wietrze powiewa,
to w duszy mi wszystko od rana aż śpiewa,
bo jakże to miło, gdy w czystej bieliźnie
człek rusza do boju naprawiać ojczyznę.

Te białe bluzeczki, świeżutki sweterek,
od razu poprawią mi złą atmosferę,
co wokół stwarzają nam wciąż politycy,
dla których już czystość niewiele się liczy.

Wciąż grają ci oni na brudnych swych nutach,
w śmierdzących koszulach i z błotem na butach
przez okno mi włażą, rozdają ulotki,
swe brudy roznoszą przez miasta, opłotki.

Za tydzień zrobimy przepierkę powszechną,
opłotki i miasta od smrodu odetchną.
Pochwałę więc prania dziś głoszę w podskoku -
następne odbędzie się już w przyszłym roku!

sobota, 13 listopada 2010

Dziękuję!



Pół roku dziś mija, jak blog mój otwarty.
Pytałam każdego. Na serio, na żarty,
przy wietrze i słocie, przy pięknej pogodzie,
co myślisz człowieku o życia urodzie?
Tu tłum polityków odbicie swe dostał -
niejeden wyzwaniom dziejowym nie sprostał...
Słowiki śpiewały, deszcz szemrał cichutko,
ktoś zadbał, by inny nie poddał się smutkom...
Poetom swych skrzydeł tu wena dodała -
niejeden by Nobla już dostał, bez mała...
Ja z Waszą pomocą nić wątków swych snuję -
za dary w ogródku dziś Wszystkim dziękuję!:)

Liczba wyświetleń blogu od początku jego istnienia (bez moich):
Polska - 37 514
Niemcy - 3 132
Stany Zjednoczone - 339
Wielka Brytania - 221
Holandia - 200
Luksemburg - 195
Kanada - 147
Brazylia - 39
Szwajcaria - 34
Indie - 24

Godz. 12:25 - licznik odwiedzin: 80005

piątek, 12 listopada 2010

Kocham ten kraj...


Kazimierska fara i topole z jemiołą.


Listopadowe przylaszczki w wąwozie w Kazimierzu Dolnym.


Kos upodobał sobie owoce irgi.

Werble do szturmu nam nie grają,
nie trzeba bębnić w górne tony,
piękno Twych dźwięków słyszę w maju,
i w listopadzie oszronionym.

Kocham me stare, dumne miasto,
choć ciasnych ulic nic nie zmieni,
i blask latarni, zanim zgasną
nad historycznych murów cieniem.

Zachody słońca nad jeziorem,
rześkie powietrze górskich szlaków,
poleskie łąki przed wieczorem,
pełne świergotów i zapachów.

Pola zasnute mgłą jesienną,
stare kapliczki gdzieś przy drodze,
maleńkich siół codzienne tętno,
opadłe liście w mym ogrodzie.

I nie wiem, czy to patriotyzm,
że wciąż chcę być w tym pięknym Kraju,
choć żyją dziwne w nim istoty,
i choć daleko mu do raju...

czwartek, 11 listopada 2010

Rozmyślania z zydelka


Potok nad Beskidzkim Morskim Okiem

Dzisiaj proponuję, jako słowo na Święto Niepodległości, powiastkę z morałem, autorstwa naszego Jaśka juhasa.

Witojcie chłopy!
Siedze se tak z moim bacom na przyzbie i se godomy ło tym i ło tamtym:
- a to ło dziurze budzetowom,
- a to ło kłopotach Pocty Polski,
- a to ło kłopotach Słuzby Zdrowia,
- a to ło kłopotach ZUS-u, Wojska, skół,
- a to ło kłopotach Polskich Kolei Państwowych i inszych.
I dosli my do takich wniosków, ze syćko trza sprywatyzówać, abo zlkwidówać, bo przynosom ino skody . Syćkie urzyndy nolezy zastąpić spółkom prywatnom "Państwo Polskie sp. z o.o.", a rząd tyż sprywatyzówać i jego robote dać Syndykatowi Nimiecko- Ruskimu pod nazwom Kondominium, co to zdanim wybitnygo polityka juz sie stało, ale mało fto ło tym wiy.
A kiedy juz to syćko ucynimy, bedziemy krajem na wylot nowocesnym i gotowi na syćkie wyzwania jutro i dalse scynśliwe nase zycie i tylko zacofane staruchy bedom se spóminać stare dobre casy.

Stasku, Jureku, Hynku, Adamie, Jyndruś - no i co Wy na to powiyta? - pyto sie baca.

Autor: Jasiek juhas

środa, 10 listopada 2010

Bajka o ropuchu


To nie jest ropuch z bajki. Ta piękność, to żaba trawna, która zamieszkała w lecie w moim ogrodzie.

Znalazłam w sieci ładną bajeczkę autorstwa estimado i doszłam do wniosku, że warto ją w ogródku przedstawić, szczególnie, że wybory za pasem. Może ktoś dopisze kolejne zwrotki?

Rządził raz w PiS-landii Ropuch,
co Pan Kopff* go wziął za gada.
Kazał się całować w żopu,
by PO-landią całą władać.
Ropuch zebrać w rzyć buziaków
musiał więcej niż połowę
od PO-laków i PiS-iaków,
i to w właśnie w rzyć, nie w głowę.
Kombinował: „Po cóż program?!
Ja strategię przyjmę taką:
Łagodnego trochę pogram,
co już skończył z wszelką draką!”
By w PO-landii uśpić naród,
pokazywał się w kampanii
w parze cudzych okularów
na tle pożyczonych pianin.
Choć miał brata pod Wawelem
i legendę znał o Wandzie,
Ruskim mówił: „Przyjaciele!”,
był za Odrą w Vaterlandzie,
a przy Gierku i Olinie,
choć to świnie – bolszewicy,
na CZERWONĄ cienką linię
wlazł i mówił o lewicy.
Miły wygląd, gładka fraza
i uprzejme gadu-gadu.
Słowem – z płaza ni pół raza
nie wyciekła kropla jadu.
Lud PO-landii go całował,
nie przejrzawszy, że podpucha,
lecz, gdzie dupa jest, gdzie głowa,
nie rozpoznał u Ropucha.
Pocałunków w podogonie
dosyć się więc nie zebrało,
by mógł Ropuch siąść na tronie
i PO-landią rządzić całą.
Płaz, gdy szum liczydeł przycichł,
rzekłszy, że on jeszcze wróci,
puścił z pyska oraz z rzyci
strugę toksyn oraz trucizn.
Pan Kopff płaza mylił z gadem,
on zaś – swoim pyskiem bladem
kraj obrzygał trupim jadem,
po czym wytarł pysk sąsiadem.
***
Jak się czuli całuśnicy,
jaki mieli posmak w ustach,
szkoda gadać po próżnicy.
Nie rozmawia się o gustach.
Gdy płaz znów zagada mile,
już w PO-landii każdy zgadnie,
co jest grane; ba – o ile
go Alzheimer nie dopadnie . . .

*Antoni Kopff
autor: estimado
źródło: http://romskey.wordpress.com/estimado-poems/

wtorek, 9 listopada 2010

Przechlapane...


Klon palmowy w jesiennych szatkach.

Gdy rankiem człek kawy chce szybko się napić
i pstryknie pilotem, by na coś się gapić,
nie jesień, nie ptaszki, nie ładne dziewczyny,
a tylko o Pis-ie usłyszy nowiny.

Zamyka szczekaczkę, bo dość ma miernoty,
więc fora i blogi. Tam też tylko o tym.
że Jaro znów znów mlasnął, dwie diwy wygonił,
Michnika objechał, Rydzyka zaś bronił.

Że potem Poncylisz, że Ziobro i Kępa,
i Nelly Rokita mądrości swe stęka,
Brudziński to teraz jest blisko prezesa,
a Błaszczak się płaszczy, bo pachnie mu kiesa.

Od szczytów tatrzańskich po morza bałwany,
wciąż tylko się w PiS-ie od rana taplamy.
Nie zdrowie, finanse, przyroda, czy sztuka -
lecz tylko sensacji o PiS-ie lud szuka.

I płynie temacik tak wartko, jak rzeka,
ach, każdy go lubi i nikt nie narzeka.
Świat cały się z mózgu rodakom wymazał
i tylko dla PiS-u została ekstaza!;-)

poniedziałek, 8 listopada 2010

Taka sobie bajeczka...


Cztery splecione buki w resztkach rudawych listków (park w Piotrowicach)


Złotowłosa wierzba nad stawem w Osmolicach.


Krzewy dzikich jeżyn nad Bystrzycą.


Grzyby (nie huby) na starej lipie.

W pewnym grodzie, Świebodzinie,
jest pagórek gdzieś przy drodze,
dołem rzeczka mała płynie,
czasem też przeleci orzeł.

Orzeł wielce się zadziwił,
bo figurę wielką zoczył -
czy ja dobrze tu trafiłem?
Ze zdziwienia przetarł oczy.

Czy monument ten stawiając
- orłem wstrząsa jakaś trwoga -
ludzie, którzy rozum mają,
wątpią w wielkość swego Boga?

Przecież temu Jegomości
kiczów takich nie potrzeba,
dziwny wytwór to próżności,
co dosięgnąć chciałby nieba.

Orzeł wielce się zasmucił,
skrzydłem sobie wzrok zasłonił -
kto tych ludzi zbałamucił
i do czynu tego skłonił?

Wtem się chmurka otworzyła,
z niej Jegomość się uśmiecha:
pycha przez lud przemówiła,
nie z pomnika mi pociecha.

Bałwochwalstwo mnie nie cieszy,
uroczyście ci zaręczam,
te giganty tylko śmieszą -
mnie wystarczą ludzkie serca.

niedziela, 7 listopada 2010

Poezja kuchenna


Jeszcze trochę słońca z jesiennego lasu.

Raz, dwa... raz, dwa, trzy i...!

Poezjo kuchenna, ty pachniesz pietruszką,
pierogiem zanucisz, podostrzysz smak czuszką,
posolisz, popieprzysz, by wzmóc aromaty
i z bitej śmietanki ustroisz mi szaty.
Poezjo kuchenna, ty śpiewasz rosołem,
co oczkiem zalotnym już mruga nad stołem,
kotletem zajęczysz na desce, gdy bity,
zachwycisz bigosem mnie, wręcz znakomitym,
kaczuszkę nadziejesz stosownie jabłkami,
twój smak, to wykwintność, prawdziwy aksamit.
Zaprosisz do barszczu i dodasz pasztecik,
pod śledzia zaśpiewasz wesoły kuplecik.
Kompanię namówisz do piątej dolewki,
namiętność wyzwolisz, zapłaczesz marchewką.
Ty czar naleśników przybliżasz mym ustom,
ty zadość uczynisz wybrednym mym gustom,
na koniec, gdy gości nadmiarem swym zmorzysz,
zaszumisz mi winem, do łóżka położysz.:)

...ufff...udało się (w kulinariach jestem noga).

sobota, 6 listopada 2010

Listopadowe impresje


Kolorów nigdy za dużo. Jeszcze trochę chryzantem z festiwalu w Niemczech.

Ach, jestem wrażliwa na wasze umizgi,
gdy jesień przychodzi co roku,
złociste brzeziny, wy rajskie zjawiska,
świecicie mi nawet po zmroku.

Już liście fruwają, jak ptaki na wietrze,
dywanem pokryły gazony,
a świerszcz już spakował swe małe skrzypeczki
i innej wygrywa canzony.

Ach, jestem wrażliwa na wasze zaloty,
gdy w tańcu gałązki wiatr zgina,
muśnięciem dotyka, jak czułą pieszczotą,
nim chłodem utuli was zima.

Już mięta nie pachnie zieloną świeżością,
maciejka nie kusi wieczorem,
lecz z wami, brzeziny, ja muszę pozostać,
od lat znam tę lekcję pokory.

Pozbieram swe myśli, jak stare kasztany,
wygrabię te smutne za parkan,
a z wami, brzeziny, znów ruszę w swe tany,
w przejrzystym ubranku na barkach.:)

piątek, 5 listopada 2010

Ewangelia według św. Jarosława


Festiwal chryzantem w Niemczech. Prezent od Henia dla ogródka.

Pan prezes zabawił się wczoraj w Mojżesza,
dekalog upichcił, ludowi wywiesza,
w nim same zaklęcia, pobożne życzenia,
populizm aż kapie, a sensu w tym cienia.

Są szkoły flagowe, przedszkola i żłobki,
internet dla chłopa, gdy robi wykopki,
przychodnie dostępne i e-konsultacje,
i pis-dy-rektywy na każde wakacje.

Ażebyś bezpiecznie swe życie mógł toczyć,
Zbyś Ziobro opieką cię może zaskoczyć,
a zamiast pieniędzy na te przedsięwzięcia,
dostaniesz na co dzień prezesa orędzia.

Socjalizm powszechny zapewni rodakom
i wieczne zbawienie, gdy zgodzą się na to,
by sekta rządziła następną kadencję.
A pis-ewangelię dostaną w prezencie!:)))

czwartek, 4 listopada 2010

Nie wymyślajmy sobie smutków


Jesienna mgiełka nad bagnami Polesia Lubelskiego

Nie wymyślajmy sobie smutków,
życie nam samo ich dostarczy,
pchamy swój wózek pomalutku,
idąc raz z tarczą, raz na tarczy.

Choć politycy różnych maści
co dzień na trwogę larum grają,
miast w ich jałowe wnikać waśnie,
uśmiechnij się do swego kraju.

Do swego życia, co wciąż cieszy,
choć tam na górze numer wytną,
do tego pana, co cię śmieszy,
i do tej pani, co wciąż smutna.

Popatrz na kota na parkanie,
promyk, co w brudnej lśni kałuży
i nie myśl więcej o tym panu,
co cię dziś w pracy może wkurzyć.

Na szczęście nikt recepty nie ma,
a medal zawsze ma dwie strony,
jeszcze cię święta nosi ziemia -
nie bądź więc tak naburmuszony.:)

środa, 3 listopada 2010

Podsłuchane nad grobem Krystyny Bochenek


Przebarwiony berberys wygląda jak płonący krzew Mojżesza.

Do napisania dzisiejszego wiersza zainspirował mnie tekst Dariusza Kortko „Co ludzie szepczą nad grobem Krystyny Bochenek”, zamieszczony we wczorajszej Gazecie Wyborczej. Zachęcam do przeczytania tego tekstu dla lepszego zrozumienia wierszyka. To się działo na prawdę.
http://wyborcza.pl/1,75968,8602571,Co_ludzie_szepcza_nad_grobem_Krystyny_Bochenek.html#ixzz149AxhSTF

Ile tu zniczy, przyszli ludziska,
bo gawiedź zawsze kocha sensację.
To fajna babka, aż serce ściska.
Stasiu, spokojnie, lekarz miał rację.

Ona tak ładnie tu się uśmiecha.
Drzewa na szkiełku to las katyński.
Ta szarfa dla niej może pociecha?
Wszystkiemu winien ten Tusk kretyński.

Zobacz Bożenko, co napisali,
cyknij komórką, skadruj do tego.
Kto tam te kwiatki z brzegu postawił?
To od przyjaciół. Nic ciekawego.

No poleciała. Wróciła w trumnie.
Złamana brzoza. Kaczora przewał.
Pani to chyba patrzeć nie umie,
to przecież krzyże, nie żadne drzewa.

Patrz, z PO byli. Te tulipanki
musiały furę kasy kosztować.
Ta, co tam stoi, to ma kochanka.
Miałeś się Stasiu nie denerwować.

Kto tutaj leży? Nie znam jej, wnusiu,
ja ci pokażę ciekawsze groby.
Palikot wszystko to uknuć musiał.
Babo, do magla idź, do choroby!

Stasiu, bez nerwów, lekarz ci mówił.
Ta szarfa chyba jest od premiera.
A tego życia nic jej wróci.
Amen. Do domu trzeba iść teraz.

wtorek, 2 listopada 2010

Wtorkowa rozmowa


Listopadowa piękność.

Panie, Ty lepiej wiesz o tym,
że puchem marnym tu jestem,
zachowaj mnie od głupoty,
cynicznych uwag i gestów.

Abym nie miała mniemania,
że wielki rozum mam w głowie,
chroń mnie od pouczania,
od zasklepienia się w sobie.

Wytłumacz mi też cierpliwie,
że człowiek, to nie jest droga,
którą to w pilnym wręcz trybie
muszę uparcie prostować.

Wyzwól mój umysł na tyle,
abym nie brnęła w szczegóły,
myśli fruwały co chwilę
i smutkiem się nie zasnuły.

Ja nie chcę wcale być świętą,
ołtarze mi nie po drodze,
o Tobie wtedy pamiętam,
gdy serce moje jest w trwodze.

Już późno, a więc do rzeczy -
tak mi zebrało się z rana...
Wiem, wiem... te nudne kobiety,
to osiągnięcie szatana!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Śpieszmy się



Ten motylek, to rusałka ceik. Uganiałam się wczoraj za nim po ogrodzie, aż wreszcie siadł na pniu koszteli, rozprostował skrzydła i zaczął się wygrzewać w jesiennym słonku.
Życie jest piękne, nawet tak krótkie i kruche, jak motyla.
Dzisiaj nikt lepiej nie wyrazi moich myśli, niż poeta Leszek Długosz.

Śpieszmy się, śpieszmy kochać ludzi,
Jak poucza nas poeta ksiądz Twardowski Jan.
Oni naprawdę tak umieją odejść nagle,
Tak nie wrócić, zawieruszyć się na amen.
Zatrzeć ślad.
Jeszcze się ręce wyciągają, jeszcze witać
Mocno, jeszcze objąć chcą,
A tu już puste miejsca po nich.
Fotografie, telefony głucho milczą
Dzień i noc.

Śpieszmy się śpieszmy, bo przemija młodość prędko.
Ileż prędzej niż w to sama wierzyć chce
I mija gdzieś ta łatwość serca, z którą kiedyś
Tak w nieznane lekko tak umiało biec.
Zagarnie nas wezbrany nurt,
Pochyli nas powaga dat
I w wirze tylu, tylu spraw
To porzucimy, zapomnimy
To, co naprawdę ważne było w nas.

Śpieszmy, śpieszmy się,
Bo krucha jest materia naszych dni,
Bo śnią się szare coraz bardziej puste sny,
Bo zasypiają serca w nas,
Nie zbudzą się któregoś dnia...

Śpieszmy się, śpieszmy, żeby zdążyć żeby rozdać
Ten majątek serca z tylu tylu lat.
Po co nam dźwigać taki ciężar,
Aż na tamtą stronę świata.
Po co nam to wszystko z sobą po co brać?

O niech to lepiej tu zostanie,
Nasze myśli, radość oczu, czułość rąk,
Bo jeśli z nas ma coś ocaleć, to niech innych
Pamięć o nas niech nam będzie tak jak schron.

Śpieszmy się, śpieszmy kochać ludzi
Tych realnych, niezmyślonych
Ale takich jacy wokół, jacy są,
Umiejmy sobie to wybaczyć, że nie lepszych,
Nie piękniejszych dał nam tu nawzajem los.
Serdecznym ciepłem się podzielmy, obdarzmy światłem,
Co w nas może jeszcze drga?
Bo gdy gęstnieje mrok pod wieczór ono niech
To światło niech wspomaga nas prowadzi nas...

Śpieszmy, śpieszmy się,
Bo nieustannie wieje ten - wiadomy wiatr,
Bo nawet to, skąd wiedzieć,
Skąd by wiedzieć nam - która z miłości naszych
Właśnie... Może jest już tą ostatnią?

Śpieszmy się, śpieszmy kochać ludzi,
Jak poucza nas poeta ksiądz Twardowski Jan.
Oni naprawdę tak umieją odejść nagle,
Tak nie wrócić zawieruszyć się na amen
Zatrzeć ślad.
Wystarczy wiatru nagły poryw, jedno słowo,
Nieostrożny czasem gest.
Zostają głuche telefony,
Krzesła, stoły,
Lampy,
Okna,
Za oknami pochylone cienie drzew...

autor: Leszek Długosz